Wielcy Polacy wyznaczają nasze miejsce w świecie
   
   Kto jest kim Sobota, 4 Września 2010 
Imieniny obchodzą: Agatonik, Ida, Lilianna, Rościgniew, Rozalia, Róża 
Menu główne
Kto jest kim
Prasa i ludzie
Ludzie i instytucje
Biografie współczesne
Biografie zagraniczne
Wielcy Polacy
Biografie zlecone
Jak się znaleźć w KJK
Formularz
O nas
Program Partnerski
Ankieta
Wybieramy Człowieka Roku 2009
  
Kalendarz
Wrzesień 2010
P W Ś C P S N
30311 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
Statystyka
Razem 10026896 odwiedzających
Aktualnie jest 23 gości online

Twoje IP: 38.107.191.96
Nasze książki
Image
Jest wiele dobrych książek,
ale wspomnienia
Jana Mulaka
biją wszystkie na głowę
Czytaj i zamów
Powiedzieli
- Dzisiaj o północy Rzeczypospolita Polska traci suwerenność nad ziemiami polskimi. Od tej chwili suwerenem Polski nie jest już Rzeczypospolita Polska, ale Bruksela i Sejm Wiejskiej staje się sejmikiem lokalnym" - powiedział Korwin-Mikke na konferencji prasowej w Warszawie 30 listopada 2009 roku.
Czytaj całość...
Leszek Miller: Polska ma rusofobów u władzy, nie ma za to polityki zagranicznej o strategicznym wymiarze. Jest ona albo histeryczna jak w przypadku Rosji, albo reaktywna jak w odniesieniu do Unii Europejskiej. Tylko w takim klimacie mogły pojawiać się absurdalne porównania walk w Gruzji do interwencji Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, albo nadawanie tarczy antyrakietowej rangi porównywalnej z przyjęciem Polski do NATO.
Czytaj całość...
prof. Joanna Senyszyn: Jarosław Kaczyński szykuje się na kongres. Nowy, elegancki garnitur. Wyprasowana koszula. Krawat pod kolor oczu, albo odwrotnie. Nowe tło w postaci, a raczej w postaciach trzech gracji. Tylko program będzie jak stare, znoszone buty prezesa, z przetartymi sznurowadłami.
Czytaj całość...
Archiwalne
Info dnia
Blog dnia
Bohaterowie dnia
Bohaterowie mediów
Człowiek tygodnia
Człowiek miesiąca
Człowiek Roku
Karykatury
Powiedzieli
Nasze książki


Pani na Agorze Drukuj E-mail
Image

ImageTo pożegnanie, zanim nazwisko Heleny Łuczywo zniknęło ze stopki "Gazety Wyborczej", rozciągnięte było nawet nie na miesiące, a na lata. Miało być cicho i bez rozgłosu. Pewnie dlatego, że nagłe odejście jednej z założycielek Agorowego imperium w tym samym czasie co rzeczywiste wycofanie się Adama Michnika, mogło osłabić pozycję firmy i wystraszyć giełdowych inwestorów.
Nawet z pożegnalną imprezą dwa lata temu nie było łatwo. Łuczywo nie znosi pompy. Trzeba było sięgnąć po podstęp.
W rolę przynęty wcielił się Bronisław Geremek - umówili się na wspólny obiad na mieście. Eurodeputowany podjechał pod redakcję, Łuczywo wsiada, ruszają, mijają okoliczne uliczki, a profesor znienacka mówi: - O, przecież tu zaraz jest żłobek (pierwsza siedziba "Gazety Wyborczej", która rzeczywiście znajdowała się w prawdziwym żłobku z toaletami poniżej kolan). Wiele sentymentu wywołuje we mnie to miejsce. Podjedźmy tam na chwilę.

Łuczywo nie wietrzy podstępu, auto zajeżdża pod dawny żłobek, a tam... na schodach wielki transparent i tłum przyjaciół, który przygotował w tajemnicy pożegnalną imprezę. Łuczywo ponoć najpierw wściekła przyjmuje bukiet kwiatów, ale ze złości stuka obcasem w podłogę. Powoli złość ją opuszcza. Na koniec wzrusza się i wpada w wir zabawy.

Jest co świętować. To koniec epoki. Owszem, jeszcze teraz w chwilach szczególnie istotnych, gdy wybucha po filmie w TVN 24 po raz drugi sprawa Lesława Maleszki albo gdy młodym dziennikarzom zarzuca się plagiat, Łuczywo, Michnik i Juliusz Rawicz spotykają się w nadzwyczajnym trybie na tak zwane konsylia, jak to się żartobliwie określa w redakcji, ale rozstanie stało się faktem. W gabinecie wicenaczelnej już dawno rozsiadł się następca.

To koniec legendy, która zanim stała się legendą współtwórczyni ważnej gazety, była przez lata legendą ważnej postaci antypeerelowskiej opozycji. Ważnej, choć - tak jak i teraz - trochę w cieniu. Wszyscy, którzy pamiętają ją z lat 70. i 80., opisują ją tak samo. "Pracująca po 16 godzin na dobę, nieustraszona, uporządkowana i na ogół słodkim, nieznoszącym sprzeciwu tonem narzucająca swoje zdanie" - tak charakteryzuje ją Krzysztof Leski, jej współpracownik z "Tygodnika Mazowsze", a potem z "Wyborczej". A Jan Lityński, jej kolega z podstawówki i liceum, jeden z filarów KOR, tak mówi o jej opozycyjnej działalności: "Gdyby nie było Heleny, nie byłoby wielu przedsięwzięć, artykułów, wielu wydarzeń".

Co ciekawsze, nie zawsze była taka sama. Wspomina Ryszard Bugaj, jej kolega ze studiów ekonomicznych. "Helena z końca lat 60. to dziewczyna nieuporządkowana, gubiąca papiery. Dlatego z zaskoczeniem słuchałem później relacji o jej organizacyjnych sukcesach".

Panna z czerwonego dworku

Była też osobą, której droga do opozycji jawi się jako nieprosta, jak wielu innych opozycjonistów, zwłaszcza ze środowisk skupionych wokół KOR. Jej ojciec Ferdynand Chaber, przedwojenny komunista żydowskiego pochodzenia, pełnił przez 20 lat funkcję zastępcy kierownika wydziału propagandy Komitetu Centralnego PZPR. To oznaczało przynależność do grupy, którą zwykli Polacy nazywali "czerwoną burżuazją".

Jeśli wierzyć pamiętnikowi Viktorii Korb, przyjaciółki Łuczywo z dzieciństwa, pierwsze dwie dekady życia naszej bohaterki upłynęły pod znakiem wielkich jak na tamte czasy luksusów - mieszkała w kamienicy na Litewskiej, gdzie osobne wejście przeznaczone były tylko dla służby i gdzie za główne utrapienie uznawano surowe nakazy gosposi, która kazała myć zęby i nosić ciepłe skarpetki. Wakacje spędzała w ośrodku rządowym.

Pierwsze przejawy obywatelskiej aktywności Heleny Chaber (rocznik 1946) były mocno kontrowersyjne. W szkole podstawowej założyły z koleżankami nielegalną organizację, co zwłaszcza w czasach stalinowskich groziło najsroższymi konsekwencjami. Rzecz w tym, że dziecięce konspiratorki miały... tropić imperialistycznych szpiegów. Jednak ludowe państwo nie potrzebowało takiej pomocy. Skończyło się (po denuncjacji innej dziesięciolatki) na wezwaniu rodziców do szkoły.

Ze wspomnień przyjaciół wynika, że długo miała nad łóżkiem portrecik Lenina. Ale około roku 1968 Helena gości u siebie na spotkaniach grupę przyjaciół zbuntowanych przeciw systemowi. "To był dziwny dom, z jednej strony bywał tam syn generała Świerczewskiego i partyjni sąsiedzi, z drugiej - my" - wspomina Bugaj. Pojawiają się tam postaci z kręgów komandosów, zwłaszcza Jan Lityński. Zaangażowanie samej gospodyni w wydarzenia marcowe polega na przepisywaniu ulotek. Ukryte w bieliźniarce, zostają znalezione przez służącą, co staje się przyczyną domowej awantury. Przypomina to historie panienek z dobrego domu, które stawały się rewolucjonistkami. Ferdynand Chaber mawiał koleżankom córki, że gimnastykuje się codziennie, bo chce długo pożyć pełen ciekawości, czy komunizm zwycięży na całym świecie. Gdy razem z Heleną poszedł do sklepu po tenisówki, przekonywał ekspedientki, że niemożliwe, by w socjalizmie nie było butów o jej rozmiarze. Nawet w 1968 r., gdy przesunięto go na rentę, tłumaczył, że to efekt wypaczeń. Ocena córki była już wtedy dużo surowsza: "Muszę ich zwalczyć, żeby się nie bać".

Po rozwiązaniu wydziału ekonomii Helena Chaber zostaje wyrzucona ze studiów. Potem broni jednak pracę magisterską, pracuje w banku, studiuje drugi fakultet - anglistykę. Do opozycji już na serio trafia w połowie lat 70., wraz z mężem - inżynierem Witoldem Łuczywą. Zaczyna od tego, że świetnie znając angielski, pomaga Jackowi Kuroniowi w kontaktach z zagranicznymi dziennikarzami.

Egzamin z rewolucji

W 1977 roku między innymi z Lityńskim i małżeństwem Wujców zaczyna redagować pismo "Robotnik". Oznaczało to definitywny wybór stylu życia - mieszkanie (już własne na Stegnach) zawsze pełne ludzi, częste rewizje i zatrzymania. "Różniliśmy się: ja myślałem już wtedy kategoriami wielkiej polityki, ona traktowała zaangażowanie w opozycji jako ciężką pracę. Kiedy powstawały Wolne Związki Zawodowe na Wybrzeżu, ja to popierałem. Ona przekonywała, że to błąd, bo zwiększy represje. Kto z nas weźmie za te represje odpowiedzialność, pytała" - wspomina Lityński.

Po roku 1980 angażuje się pełną parą w "Solidarność" - głównie jako dziennikarka. Organizuje Agencję Solidarność (AS), która w regionie Mazowsze staje się bastionem wpływów tak zwanej laickiej lewicy i budzi żywe emocje ludzi o bardziej prawicowych skłonnościach. Na zjeździe "Solidarności" dziennikarze agencji kierowanej przez Łuczywo zawzięcie rywalizują z Biurem Informacji Prasowej "Solidarności" zorganizowanej przez ludzi Ruchu Młodej Polski, takich jak obecny poseł PO Arkadiusz Rybicki i Tomasz Wołek, dziś publicysta między innymi "Wyborczej".

Emocje, czasem wielkie, są też udziałem samej Łuczywo. Podczas zjazdu "Solidarności" ze wzburzeniem obserwuje scenę, gdy działacz robotniczy z Mazowsza Paweł Niezgodzki wnioskuje, aby nie dziękować specjalną uchwałą KOR-owi, tylko całej opozycji. Niezgodzki był kojarzony z grupą tak zwanych prawdziwych Polaków ostro atakującą solidarnościową lewicę. Po jego brutalnym wystąpieniu jeden z historycznych liderów KOR Jan Józef Lipski zasłabł na sali. 35-letnia Helena Łuczywo podchodzi do Niezgodzkiego i pluje na niego.

Po wprowadzeniu stanu wojennego Łuczywo unika aresztowania i tworzy swoje wielkie dzieło: "Tygodnik Mazowsze", niepozorne pisemko będące organem podziemnych władz związku. To głównie beznamiętny rejestr zdarzeń: informacje z terenu o oporze i represjach plus stanowisko ukrywających się liderów. Będzie jednak "Tygodnik" przez siedem lat może najważniejszym punktem odniesienia dla członków nielegalnej "Solidarności", coraz potężniejszym dzięki zagranicznej pomocy (redakcja ma pod koniec lat 80. prymitywne laptopy). Trzonem zespołu są kobiety: poza Łuczywo między innymi jej późniejsze koleżanki z "Wyborczej" Joanna Szczęsna i Anna Bikont. "Tak miało być bezpieczniej, i rzeczywiście z moich konspiracyjnych doświadczeń wynika, że panie lepiej się sprawdzały jako rewolucjonistki, konkretne i ostrożne" - opowiada Lityński, który za namową Łuczywo nie wrócił po wyjściu na przepustkę do więzienia i przez parę lat się ukrywał. "Helena dawała z siebie wszystko, ale też wymagała. Jestem u niej w mieszkaniu, mam napisać jakiś tekst. Każe mi siedzieć do późnej nocy. A sama kładzie się spać... na godzinę, bo potem czeka ją redagowanie" - opowiada Joanna Kluzik-Rostkowska, współpracownica "Mazowsza", dziś posłanka PiS.

Łuczywo, niekwestionowana liderka tego przedsięwzięcia, przywiązuje ogromną wagę do języka pisma. Ma być najprostszy, wręcz suchy. "Umiała znakomicie redagować, pod jej ręką nawet teksty Jadwigi Staniszkis stawały się zrozumiałe" - opowiada Lityński. Ale dodaje, że miało to swoją cenę. "Mówiliśmy: co to jest słup? To drzewo zredagowane przez zespół >Tygodnika Mazowsze<. Inne pisma podziemne po prostu drukowały publicystykę. Z Heleną trzeba się było wykłócać o każde słowo".

Z jednej strony posiadła umiejętność, którą wykorzysta potem w prawdziwej komercyjnej gazecie. Z drugiej - coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że redagowanie jest użyteczne w walce o jedynie słuszną prawdę.

Poświęca konspiracji każdą chwilę, zwłaszcza po rozwodzie z mężem. No może prawie każdą. Krzysztof Leski wspomina, jak podczas narady nad jednym z numerów w mieszkaniu Łuczywo, gospodyni co chwila odrywała się od pracy. Powód był prosty: jej piętnastoletnia córka Łucja poszła na imprezę do sąsiada z góry Maksa Cegielskiego (dziś znanego dziennikarza). "Co tam tak cicho, pójdę ta" - denerwowała się, nasłuchując. Ale numer powstał. Jak zwykle.

Technokratka w trampkach

Wiosną 1989 roku Adam Michnik dostał "Gazetę Wyborczą" od Lecha Wałęsy i zdecydował, że nie zrobi jej bez Heleny Łuczywo. Z jednej strony było to naturalne. Łączyło ich wszystko: identyczny wiek, uzależnienie od tytoniu, ostry, często wulgarny język (u Łuczywo rzadszy ale tym straszniejszy), to samo środowisko, zbliżone poglądy. Oboje wywodzili się z komunistycznych rodzin, oboje w latach 80. stawiali na "Solidarność", oboje byli liberalnymi lewicowcami. Oboje wystąpią później przeciw rozliczaniu komunizmu. Wśród nielicznych komentarzy Heleny Łuczywo w "Wyborczej" połowa zawierała gorące sprzeciwy wobec lustracji.

A jednak ich drogi rzadko się do tej pory przecinały, podobno w latach 70. nawet niezbyt się lubili. Jeśli tak, Michnik wykazał się wyjątkową intuicją. Dobrał sobie osobę, która idealnie go uzupełniała. "On był od błyszczenia, ideologii, reprezentacji, ona, unikająca pisania i innych mediów - od ciężkiej pracy" - relacjonuje były dziennikarz "Wyborczej". Choć Łuczywo wahała się przez moment, czy funkcję przyjąć (nie chciała porzucać ukochanego "Tygodnika Mazowsze"), gdy już się zaangażowała, to na całego. Potrafiła podczas tworzenia gazety nocować w żłobku na Iwickiej. Początkowo jak w czasach opozycyjnych w trampkach, potem już na obcasach, stała się uosobieniem nowej instytucji.

"Rzadko mówiła o poglądach, jawiła się jako technokratka" - wspomina ten sam były dziennikarz. A jednak miała czas i na pilnowanie przecinków, i doglądanie linii. Gdy w roku 1990 Krzysztof Leski poróżnił się ze swoją redakcją na temat tego, jak relacjonować kampanię prezydencką: bardziej z dystansu (jak chciał on), czy z mocnym atakiem na Wałęsę (jak chciało kierownictwo), wytyczne przekazywała mu Łuczywo. "Tu już nie było dyskusji, ma być tak i tak" - wspomina.

Coś ty, kretynie, narobił?

Gdy przed dziesięciu laty Agora wchodziła na giełdę, prospekt emisyjny mówił jasno - to spółka oparta na czterech postaciach: Michniku, Łuczywo, prezes Agory Wandzie Rapaczyńskiej i wiceprezesie Piotrze Niemczyckim. To ich odejście miało niekorzystnie wpłynąć na działalność firmy. Minęło kolejne dziesięć lat, z całej czwórki ocalał Niemczycki i częściowo Michnik, a opinia giełdowych analityków okazała się niezbyt celna. Można raczej postawić tezę, że to przez tę trójkę wielkie "gazetowe" imperium zaczęło się kruszyć. Zwłaszcza po roku 2003, gdy wybuchła afera Rywina.

Nawet jeżeli prawdziwe są pogłoski, że korupcyjna oferta producenta filmowego, czy raczej to, jak ją postanowiono rozegrać, wprowadziła wielki rozdźwięk między Michnikiem a Łuczywo, faktem jest, że cała trójka tamtego lata w sposób niestandardowy pertraktowała z Leszkiem Millerem i jego ministrami zapisy nowej ustawy medialnej. To Łuczywo jechała wieczorem 22 lipca do kancelarii premiera i to ją Miller (wiedząc już o nagraniu Rywina) pytał, pokazując ostateczny projekt: "Czy to was zadowala?".

Może Łuczywo nie miała wyjścia i musiała uczestniczyć w tej historii? Zapewne jak cała redakcja stała na stanowisku, że skoro postkomuniści specjalnie przygotowują prawo, które ma uderzyć w Agorę, to wszelkie formy przeciwdziałania są dopuszczalne. Ale zapewne też nie zachwycała jej arogancja Michnika, który beształ i posłów, i dziennikarzy innych mediów, gdy próbowali rozwikłać tę aferę. Do dziś w pamięci reporterów "Wyborczej" utrwaliła się scena, kiedy Michnik po swych pierwszych, ostrych komentarzach wchodzi do redakcji, a Łuczywo wściekła, nie bacząc na osoby towarzyszące, wita go słowami: "Coś ty, kretynie, narobił?".

Tę różnicę było widać także w wyjaśnieniach przed komisją śledczą. Michnik przyszedł przed nią w intencji zdominowania posłów, a samą sprawę przedstawiał bardzo wybiórczo. Łuczywo - uprzejma, spokojna, jak mało kto przyczyniła się do wyświetlenia prawdy - także tej niekorzystnej dla Agory - przekazując posłowi Zbigniewowi Ziobrze wydruki e-maili, jakie krążyły między kierownictwem Agory i minister Aleksandrą Jakubowską. E-maile demaskowały grę Jakubowskiej, ale także ujawniały coś, co Jan Rokita nazywał "korupcyjnym targiem". Targiem, w którym firma Michnika i Łuczywo uczestniczyła do pewnego momentu jako strona.

To nie był wyjątek - stosunki między dwójką liderów "Wyborczej" bardzo często były napięte. Mimo wspólnoty poglądów kolegia w pierwszych latach przypominały czasem spektakle teatralne: Michnik coś proponuje, Łuczywo natychmiast to zbija, atakuje i odwrotnie. Gdy Łuczywo była i wicenaczelną, i prezesem firmy, a Michnik w ferworze awantury wykrzyczał: "Zwalniam cię!", Łuczywo miała mu odrzec: "Nie, to ja cię zwalniam!".

W efekcie ciężko się obrażali, by zaraz się pogodzić, a nawet pojechać na wspólne wakacje.

Spory były wpisane w ten układ dwóch silnych charakterów. "Michnik jest jak wąż, który godzinami się wije i pełza, ona - jak Godzilla, która potrafi uderzyć w twarz i za chwilę za to przeprosić. Osobowość silna jak Józef Stalin z okresu demokracji: żelazna wola i konsekwencja" - charakteryzuje były szef działu kultury Michał Cichy.

Szepty i krzyki

Ekstrawertyczność Michnika, jego pewność siebie trącąca o arogancję odbijała się o odmienne usposobienie jego zastępczyni, zawsze raczej zamkniętej w sobie, bardzo zasadniczej (kiedy jej jedyna córka zastanawiała się nad pracą w Agorze, Łuczywo uznała, że to wykluczone), choć nie zawsze cichej i spokojnej. Owa gwałtowność i emocjonalność, dla niektórych z Łuczywo całkowicie nierozdzielna, innym, młodszym dziennikarzom jest już nieznana.

Jeden z tych ostatnich wspomina: "Siedzimy na kolegium, żartujemy, a Helena zupełnie wyłączona czyta >Gazetę<. I nagle szeptem pyta: >Jak ktoś mógł taką bzdurę napisać? Kto to puścił?<. Zapada cisza, wszyscy sparaliżowani".

Czytała wszystko: od polityki do sportu, listy czytelników, reportaże, wykresy giełdowe. Od 9 rano do późnych godzin nocnych, sześć dni w tygodniu. Miało to swoją cenę - życie w redakcji przysłaniało jej wszystko, co działo się poza nią. I to na każdym poziomie, nawet najbardziej przyziemnym. Redagując przepisy kulinarne jednego z modnych kucharzy, zaczęła się łapać za głowę. "Oliwki!? Kapary!? Ile to kosztuje? Skąd ludzie mają to wziąć?" - pytała zagniewana, choć to już dawno nie były rarytasy z peweksu.

Wszystko opierało się na niej, jako doskonały redaktor potrafiła wyłapać głupstwa, błędy, nieścisłości. A wtedy dzwoniła do autora i cichym głosikiem zapraszała: "Wpadnij, kochany, do mnie na chwileczkę". "Ze strachu dostawaliśmy palpitacji" - wspomina jeden z naszych rozmówców.

Ale za dawnych lat nie tylko szeptała. Potrafiła przebiec przez korytarz "Gazety", waląc pięścią w ścianę i krzycząc: "Co wy myślicie, że ja jakąś k.... jestem?". Tylko dlatego, że poproszono ją w dziale zagranicznym, by pokazała się na raucie w niezbyt ważnej ambasadzie.

Budziła postrach nie tylko wśród młodziaków, ale nawet starszych kolegów. Pewnego dnia jeszcze w starym żłobku dziennikarze zobaczyli Ernesta Skalskiego, który pędził przez amfiladę z plikiem kartek w dłoni, które wypadały mu po drodze. To niecodzienny widok, Skalski zwykle poruszał się statecznym krokiem. A po chwili z pokoju, z którego wybiegł, wychyla się głowa drobnej Łuczywo, która krzyczy na cały głos: "Ernest, Ernest, ty, ch...!".

Większość jej dawnych podwładnych zapewnia, że za swą wybuchowość po chwili przepraszała, że nie wynosiła się ponad innych, tak naprawdę szanowała ludzi. W dziejach "Gazety Wyborczej" można jednak znaleźć historie, które pokazują ją jako menedżera nie tylko twardego, ale cokolwiek bezdusznego. Co prawda dotyczą one każdego szefa, który tak jak Łuczywo bierze na siebie ciężar załatwiania spraw kadrowych, a jednak. Ostatnio o jednej przypomniała wdowa po korespondencie gazety w USA Jacku Kalabińskim. Helena Łuczywo zadzwoniła do niego, gdy dopiero co wyszedł ze szpitala chory na raka w marcu 1997. Chwaliła siebie i kolegów, że jako "humanitarni demokraci" czekali z wypowiedzeniem, aż poczuje się nieco lepiej. Domagała się, aby wrócił jak najszybciej do Polski, ale nie przedstawiła mu żadnych propozycji. "Powiedziała: >Jak przyjedziesz, to pogadamy<. Była głucha na argumenty kontynuowania leczenia na miejscu, w Stanach. Ani na to, że rok szkolny naszej 13-letniej córki kończył się w czerwcu, że zlikwidowanie domu i przeprowadzka wymagają czasu i sił" - opisała żona Kalabińskiego. Jeden z wicenaczelnych "Wyborczej" zaprzeczył takiej treści tej rozmowy. Wrażenie pozostało.

Na kłopoty - praca!

Czy zrównoważą je inne opowieści? Choćby o legendarnej i cichej dobroczynności, także finansowej Heleny Łuczywo? Z pewnością respekt u pracowników zawdzięcza temu, że była zawsze profesjonalistką. "To ona nauczyła nas, że pisanie o polityce nie polega na obsługiwaniu konferencji, że ważne są tematy społeczne, ekonomiczne. No i że tekst nie może być przegadany. My często byliśmy zachwyceni naszymi dokonaniami, a to dopiero ona wyciskała z nich sedno" - opowiada Dominika Wielowieyska (w "Wyborczej" od 1991 roku).

Dlaczego z biegiem czasu przycichła? Może to kwestia wieku, a może skutek własnej pierwszej dotkliwej porażki?

"Wyborcza" ma już za sobą pierwszą dekadę na rynku: jedno wielkie pasmo sukcesów i pierwsze miejsce we wszystkich kategoriach: czytelnictwo, sprzedaż, rynek ogłoszeń. Teraz czas na internet. Słynąca z żelaznej konsekwencji i twardej ręki wicenaczelna sieć zna raczej powierzchownie. Umie słać e-maile, ale na początku nie potrafi jeszcze opatrywać ich załącznikami. Choć jest po pięćdziesiątce, uczy się wszystkiego od podstaw i na dobry rok znika z newsroomu. Wszyscy są pewni zwycięstwa, zgodnie z przeświadczeniem: jesteśmy wielcy i sami możemy wszystko.

Tymczasem portal "Wyborczej" zajmuje wysokie lokaty, ale nie o to chodziło, miał być pierwszy. Dla firmy wynik jest jednoznaczny - to porażka. To niewątpliwie obciążyło konto Łuczywo. Od tej pory nie jest już postrzegana jako Midas, który wszystko zamienia w złoto. Projekt trzeba było oddać w ręce ludzi, dla których sieć to całe życie.

Łuczywo wraca do newsroomu, "Gazeta" znowu spoczywa na jej barkach, nadal szeptem potrafi zmrozić dziennikarza za zbyt słaby tekst, ale to już nie to samo. Wybucha afera Rywina, komisja śledcza wzywa na przesłuchania, które są powodem wielkiego stresu (w redakcji organizowane są nawet symulacje sejmowych przesłuchań - dziennikarze wcielają się w rolę śledczych, przygotowując do ostrych pytań). Panuje przekonanie, że kompromitacja odbije się na sprzedaży. "Zareagowała najprościej: jeszcze więcej pracy. Kiedy do niej poszedłem, zobaczyłem, że nadal osobiście wyręcza korektę. To była jej recepta na kłopoty" - wspomina tamte czasy dziennikarz "Wyborczej".

Obcy nieprzyjazny świat

Na dokładkę wybory 2005 niosą zaskakujące wyniki - wygrywa prawica, której widmo przysłaniało zawsze wszelkie inne niebezpieczeństwa. W "Wyborczej" są w szoku, naprawdę kończy się jakaś epoka. Nie ma już obozu III RP, który to środowisko nie tylko świetnie znało, ale samo wykreowało. Postkomuniści, od których Michnik przynosił najświeższe newsy, zaszyli się na Rozbrat, politycy z Unii Demokratycznej - przepadli albo odjechali do Brukseli. Może jeszcze najmniej bulwersująca wydaje się dla ludzi "Wyborczej" prezydentura Lecha Kaczyńskiego, znajomego z czasów opozycji, co dla samej Łuczywo jest podobno początkowo ważniejsze niż jego późniejsze wybory. Gdy redakcja organizuje debatę Kaczyński - Tusk, Łuczywo serdecznie wita się "z Leszkiem". Tusk jest kimś z innego świata, nieznanym, poza tym zniszczył Unię Wolności, a takich rzeczy sie nie wybacza.

Ale i w tym przypadku kończy się szybkim i pełnym, wzajemnym rozczarowaniem. Jarosław Kaczyński, z którym Łuczywo nosiła kiedyś pod koniec lat 70. torbę z egzemplarzami "Robotnika", a żeby zmylić milicję udawała jego dziewczynę, mówi o ludziach "Wyborczej" per "środowisko KPP". Dla niej to atak na jej biografię, jest rozżalona. Ale nie łudźmy się, o porozumieniu, w ogniu wojen o lustrację, także dziennikarzy, sporów ideologicznych, tak czy inaczej nie mogło być mowy. Nawet jeśli "Wyborcza" zapraszała na półoficjalne spotkanie Kazimierza Marcinkiewicza, a Łuczywo wróciła rozpromieniona z jednego z publicznych spotkań z opowieścią, jak to poznała młodego PiS-owca Pawła Kowala i jak jest zaskoczona, że na prawicy poza Leszkiem (Kaczyńskim) i Ludwikiem (Dornem) są inni ludzie, z którymi można porozmawiać.

A więc to już inny świat, po części z powodu zmian politycznych, po części presji komercji. Ludzie częściej kupują popularną gazetę "Fakt" niż wypieszczone dziecko Agory. "Wyborcza" przestaje wyznaczać trendy, nawet gdy do władzy po PiS przychodzi bardziej strawna Platforma. Łuczywo, mówią dziennikarze, sprawia wrażenie coraz bardziej zagubionej, coraz częściej zawodzi ją legendarna intuicja.

W końcu odchodzi, ale poza najnowszą siedzibą gazety, którą osobiście planowała i urządzała, żyć ciężko. "Wyborcza" jest dla niej czymś więcej niż miejscem pracy - jest ideową wspólnotą i rodziną. Jej kontakty poza gmachem na Czerskiej, choć rozległe, mocno się rozluźniły. Życzliwy jej Jan Lityński przyznaje: - Spotykamy się rzadko. Widziałem różne kwestie, na przykład lustracji, inaczej niż "Wyborcza". To zbudowało między nami dystans.

Jest zapewne jedną z najbogatszych kobiet w Polsce. Posiadane przez nią akcje Agory warte są kilkadziesiąt milionów złotych. Jej dawny kolega Ryszard Bugaj uważa to za przykład uwłaszczenia się, zwłaszcza że - jak przypomina - pozycję na rynku "Wyborcza" zawdzięcza u swoich początków temu, że reprezentowała całą antykomunistyczną opozycję.

Ale Helena Łuczywo nie poszukuje tak naprawdę pieniędzy, wygód, rozrywek. Redakcyjni koledzy opowiadają historię z zamierzchłych czasów, jak to z Adamem Wajrakiem i grupą przyjaciół wybrała się do Puszczy Białowieskiej. Zamiast szukać żubrów, została przy samochodzie pogrążona w lekturze "Wyborczej". Nagle od stada odłączyło się kilka groźnych samców. Koledzy pobiegli ratować szefową. Ale ona nawet nie zauważyła zbliżających się zwierząt. ">Gazeta Świąteczna< jest świetna, po byku" - rzuciła na widok znajomych twarzy nieco zapomnianą slangową pochwałą.

Teraz bawi za granicą, a jej znajomi zastanawiają się, jak jej się podoba życie emerytki. Chyba nie bardzo.

< Poprzedni   Następny >
Bohaterowie dnia dzisiejszego
Bronisław Komorowski prezydentem RP
Image5 lipca 2010 roku Państwowa Komisja Wyborcza podała pełne wyniki II etapu wyborów na prezydenta RP ze wszystkich obwodów wyborczych. Bronisław Komorowski uzyskał 53,01% ważnych głosów. Przy jego nazwisku krzyżyk zakreśliło 8 mln 933 tys. 887 osób. Jego kontrkandydat Jarosław Kaczyński zdobył 46,99% ważnych głosów - 7 mln 919 tys. 134 głosy.
Frekwencja wyniosła 55,31%. PKW ogłosiła, że Bronisław Komorowski został wybrany prezydentem Polski.
Jak poinformował przewodniczący PKW Stefan Jaworski, w 25 tys. 773 obwodach, przy 30 mln 833 tys. 924 osobach uprawnionych do oddania głosu, wydano 17 mln 054 tys. 690 kart.
Głosowało 17 mln 050 tys. 417 osób. Głosów ważnych oddano 16 mln 853 tys. 021. Nieważnych głosów było 197 tys. 396.
Obwieszczenie PKW zostanie teraz opublikowane w Dzienniku Ustaw. Komisja sporządzi też sprawozdanie z wyborów dla Sądu Najwyższego, który na jego podstawie w ciągu 30 dni ma stwierdzić ważność wyborów. Trzy najbliższe dni - do 8 lipca - to czas na składanie protestów wyborczych.
Czytaj całość...
Bohaterowie mediów
Nasza ostatnia godzina
Image

ImageRozmowa z Martinem Reesem, brytyjskim kosmologiem z University of Cambridge, mistrzem tamtejszego Trinity College, Astronomem Królewskim i szefem Royal Society

Mało jest takich miejsc jak Trinity College w Cambridge. Tu wieki naprawdę mogłyby i miały o czym mówić. Przemawiałyby głosami Francisa Bacona, Isaaca Newtona, George'a Gordona Byrona, Ernesta Rutherforda, Nielsa Bohra, Bertranda Russella, Arthura Eddingtona, Jamesa Clerka Maxwella, Jawaharlala Nehru i tysięcy innych absolwentów jednej z najstarszych (założonej w 1546 r.), najbardziej arystokratycznych (tu nauki pobierała cała brytyjska rodzina królewska), prestiżowych (sześciu premierów Wielkiej Brytanii) i najlepszych (odchowała 31 noblistów) uczelni wyższych na świecie. (Znanej również z uświęconej tradycją mizoginii, ale od 30 lat przyjmuje już kobiety). Jeden wątek wybijałby się w tym wielogłosie ponad pozostałe: biada ludzkości, biada. Rolę rzecznika tej opinii wziął na siebie Martin Rees, wybitny kosmolog, mistrz Trinity College i Astronom Królewski. Dla świata nauk ścisłych Rees jest w zasadzie tym, czym królowa Elżbieta dla Brytyjczyków. W jego gabinecie przecinają się ścieżki niemal wszystkich najwybitniejszych współczesnych uczonych.
Czytaj całość...
Jak Kazimierz sprawdza się w biznesie
Image

ImageWedług anegdoty, Kazimierz Marcinkiewicz może dorabiać już tylko jako twarz portalu Sympatia.pl. Ale to chyba za surowa ocena. Były premier może nie zweryfikuje wyceny aktywów, nie oszacuje stopnia ryzyka, ale wygląda na to, że dobrze wie, jak całkiem przyzwoicie zarobić na chleb.
Zgodnie z obowiązującą ustawą nie jest żadnym lobbystą. Byłby, mówią odpowiednie przepisy, gdyby chciał wpływać na kształt nowych przepisów, a nie chce. Nie musi figurować w odpowiednim rejestrze w MSWiA, chodzić po Sejmie z czerwoną przepustką przypiętą do klapy marynarki, żaden urzędnik nie musi tłumaczyć się ze spotkań, na które się z Marcinkiewiczem umówił.

Po prostu doradza
Jednoosobowa firma, jaką założył - Doradztwo gospodarcze i finansowe Kazimierz Marcinkiewicz – rezyduje na dziesiątym piętrze naszego rodzimego City. To kwartał najnowszych i najdroższych wieżowców, jakie wyrosły w ostatnich latach pięć minut od Dworca Centralnego.
Czytaj całość...
Pani na Agorze
Image

ImageTo pożegnanie, zanim nazwisko Heleny Łuczywo zniknęło ze stopki "Gazety Wyborczej", rozciągnięte było nawet nie na miesiące, a na lata. Miało być cicho i bez rozgłosu. Pewnie dlatego, że nagłe odejście jednej z założycielek Agorowego imperium w tym samym czasie co rzeczywiste wycofanie się Adama Michnika, mogło osłabić pozycję firmy i wystraszyć giełdowych inwestorów.
Nawet z pożegnalną imprezą dwa lata temu nie było łatwo. Łuczywo nie znosi pompy. Trzeba było sięgnąć po podstęp.
W rolę przynęty wcielił się Bronisław Geremek - umówili się na wspólny obiad na mieście. Eurodeputowany podjechał pod redakcję, Łuczywo wsiada, ruszają, mijają okoliczne uliczki, a profesor znienacka mówi: - O, przecież tu zaraz jest żłobek (pierwsza siedziba "Gazety Wyborczej", która rzeczywiście znajdowała się w prawdziwym żłobku z toaletami poniżej kolan). Wiele sentymentu wywołuje we mnie to miejsce. Podjedźmy tam na chwilę.
Czytaj całość...
Tony Blair prezydentem UE?
Image

ImagePo roku milczenia znów głośno o szansach na europejską prezydenturę dla byłego premiera Wielkiej Brytanii. Wszystko dzięki... dokonaniom Nicolasa Sarkozy'ego.
"Blair pojawia się na nowo na krótkiej liście do przewodzenia UE" - ten nagłówek w poniedziałkowym wydaniu "Financial Timesa" zaczyna nową falę spekulacji na temat przyszłości byłego premiera. Wpływowy brytyjski dziennik będący lekturą obowiązkową eurokratów powołuje się na opinie unijnych dyplomatów w Brukseli. A ci znów widzą szanse Blaira na objęcie stanowiska przewodniczącego Rady UE zwanego potocznie prezydentem Europy.
A wszystko za sprawą popisu europejskiej polityki, jaki dał francuski prezydent Nicolas Sarkozy podczas zakończonego 31 grudnia półrocznego przewodnictwa Francji w UE. Sposób, w jaki wynegocjował rozejm po rosyjskiej interwencji w Gruzji i jak starał się walczyć z kryzysem ekonomicznym, a także fiaskiem referendum w sprawie traktatu z Lizbony, dał Unii do myślenia.
Według "FT" europejskie elity polityczne zrozumiały, że w obliczu wielkich wyzwań stojących przed przewodniczącym musi nim być ktoś odpowiedniego formatu, z nazwiskiem, rozpoznawalny na świecie i pochodzący z dużego kraju członkowskiego UE. A te wszystkie cechy ma właśnie Tony Blair.
Czytaj całość...
Prezydent, co się kulom nie kłania
Image


ImageDlaczego bilans trzech lat Lecha Kaczyńskiego jest tak zły? Czy da się to odwrócić?
Bilans prezydentury Lecha Kaczyńskiego już po roku był kiepski. Polacy nie kryli rozczarowania nowym prezydentem, rozczarowania nie ukrywali nawet zakochani w PiS dziennikarze. Piotr Zaremba z "Dziennika" zaliczył prezydenta do największych przegranych roku 2006 i komentował: "Stracił sporo poparcia społecznego, choć jako prezydent powinien je zachować łatwiej niż jego brat premier. Nie stworzył spójnej koncepcji prezydentury, stąd jego styl urzędowania był oceniany głównie poprzez wpadki". A Dorota Gawryluk konstatowała: "Prezydentura Lecha Kaczyńskiego nie jest taka zła, jak to przedstawiają jego przeciwnicy, ale nie tak dobra, jak mogłaby być".
Rok później, w grudniu 2007 r., fani Kaczyńskich woleli milczeć. "Kadencja fochów i obrażania się – tak wyglądały pierwsze dwa lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego. A przed nami jeszcze trzy kolejne", pisał w "Newsweeku" Wojciech Maziarski, w tekście pod znamiennym tytułem "Kronika wypadków żałosnych".
Czytaj całość...
Człowiek tygodnia
Jerzy Buzek przewodniczącym Parlamentu Europejskiego
ImageByły premier, zdobywca rekordowego poparcia w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, jeden z najpopularniejszych polskich europosłów, profesor Jerzy Buzek został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Gratulując Buzkowi szef Komisji Europejskiej Jose Barroso powiedział, że jest to sukces zjednoczonej Europy. "Prymus klasy Europa" - tak francuski dziennik "Liberation" określił Polaka, który dziś jest na ustach wszystkich.
Buzek jest pierwszym szefem europarlamentu z krajów nowej Unii. Będzie kierował PE przez dwa i pół roku. W głosowaniu, na odbywającej się inauguracyjnej sesji PE, Buzek uzyskał poparcie aż 555 z 713 głosujących eurodeputowanych.
Tuż po wyborze Buzek powiedział, że to dla niego "wielkie wyzwanie i zaszczyt". - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by nie zawieść waszego zaufania - zwrócił się do eurodeputowanych. Zapowiedział, że jego priorytetem będą prawa człowieka.
Czytaj całość...
Info dnia
Romuald Orzeł został nowym prezesem Telewizji Polskiej - zdecydowała Rada Nadzorcza spółki. Nowy zarząd TVP tworzyć będą Przemysław Tejkowski, Włodzimierz Ławniczak i Paweł Paluch. Decyzje zapadły podczas trwającego ponad cztery godziny posiedzenia w dniu 18 grudnia 2009 roku.
Czytaj całość...
Tegoroczną laureatką literackiej Nagrody Nobla została niemiecka pisarka pochodząca z Rumunii Herta Müller.
W uzasadnieniu werdyktu Akademia Szwedzka pisze, że nagrodę przyznano „tej, która łącząc intensywność poezji i szczerość prozy przedstawia świat wygnanych”.

Czytaj całość...
2 października 2009 roku zmarł w Warszawie Marek Edelman, jeden z założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej i przywódców powstania w warszawskim getcie.
Czytaj całość...
W Afganistanie zaczęły się wybory prezydenckie. O najwyższy urząd w państwie ubiega się około 30 kandydatów, z czego naprawdę liczy się czterech. Wśród największych rywali faworyta wyścigu - obecnego prezydenta Hamida Karazja (44 proc. poparcia w sondażach) wymienia się: byłego szefa MSZ Abdullaha Abdullaha (26 proc.), byłego ministra planowania i rozwoju Ramazana Bashardosta (10 proc.) i byłego ministra finansów Ashrafa Ghaniego (6 proc.).
Czytaj całość...
Dowódca Wojsk Lądowych generał Waldemar Skrzypczak oddał się do dyspozycji prezydenta. Decyzję taką podjął „w związku z utratą zaufania do jego osoby przez szefa MON Bogdana Klicha”. Stosowne pismo generał wysłał drogą służbową przez szefa Sztabu Generalnego - poinformował wydział prasowy Dowództwa Wojsk Lądowych.
Czytaj całość...
Walka o prezydenturę rozegra się między Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem zakłada najbardziej prawdopodobny dziś scenariusz, ale politolodzy nie wykluczają i innego przebiegu zdarzeń, np.: Lech Kaczyński wycofuje się w ostatniej chwili z wyborów, jego miejsce zajmuje Zbigniew Ziobro; z kolei kandydatem PO jest Bronisław Komorowski zamiast Donalda Tuska.
Czytaj całość...
Polski naukowiec pracujący w Stanach Zjednoczonych - prof. Jerzy Leszczyński - został jednym z laureatów prestiżowej nagrody przyznawanej przez amerykańskiego prezydenta - "Presidential Award for Excellence In Science, Mathematics and Engineering Mentoring" (program PAESMEM).
Czytaj całość...
Oprócz Jerzego Buzka, który został wybrany na najwyższe stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, jeszcze troje polskich eurodeputowanych będzie zajmować znaczące funkcje w PE przez najbliższe dwa i pół roku: Lidia Geringer de Oedenberg (SLD), Danuta Huebner (wybrana z listy PO) oraz Michał Kamiński (PiS).
Czytaj całość...
Leszek Kołakowski - jeden z najwybitniejszych polskich filozofów, publicysta, prozaik, autor satyr i bajek filozoficznych zmarł w piątek 17 lipca 2009 roku w Oxfordzie w szpitalu. Miał 82 lata.
Czytaj całość...
Korespondentka TVN24 w Brukseli Inga Rosińska obejmie stanowisko rzecznika prasowego nowo wybranego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. Rosińska potwierdziła to korespondentce PAP w Brukseli.
Czytaj całość...
Blog dnia
Kim jest Jerzy Buzek?
Opinia publiczna poznała nazwisko prof. Jerzego Buzka, naukowca z Politechniki Śląskiej w Gliwicach, w 1997 r. po zwycięskich dla Akcji Wyborczej "Solidarność" wyborach parlamentarnych. Nieznany szerzej działacz "S" został wówczas desygnowany na premiera. Choć wielu nie wróżyło mu długiego stażu na tym stanowisku, jako jedyny szef rządu po 1989 r. piastował tę funkcję przez pełną kadencję i pozostaje najdłużej urzędującym premierem w tym okresie.
Buzek urodził się w 1940 roku w Śmiłowicach na Śląsku Cieszyńskim. Studiował na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym Politechniki Śląskiej w Gliwicach, gdzie w 1963 roku uzyskał dyplom magistra inżyniera mechanika-energetyka. Po studiach pracował w Instytucie Inżynierii Chemicznej Polskiej Akademii Nauk w Gliwicach, gdzie poznał przyszłą żonę - Ludgardę. Córka państwa Buzków - Agata - jest aktorką.
Czytaj całość...
2006 © Wydawnictwo KTO JEST KIM