Wielcy z zagranicy stanowią znaczące punkty odniesienia
   
   Kto jest kim Piątek, 12 Marca 2010 
Imieniny obchodzą: Bernard, Blizbor, Grzegorz, Józefina, Wasyl 
Menu główne
Kto jest kim
Prasa i ludzie
Ludzie i instytucje
Biografie współczesne
Biografie zagraniczne
Wielcy Polacy
Biografie zlecone
Jak się znaleźć w KJK
Formularz
O nas
Program Partnerski
Ankieta
Wybieramy Człowieka Roku 2009
  
Kalendarz
Marzec 2010
P W Ś C P S N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
Statystyka
Razem 9037795 odwiedzających
Aktualnie jest 47 gości online

Twoje IP: 38.107.191.113
Nasze książki
Image
Jest wiele dobrych książek,
ale wspomnienia
Jana Mulaka
biją wszystkie na głowę
Czytaj i zamów
Powiedzieli
- Dzisiaj o północy Rzeczypospolita Polska traci suwerenność nad ziemiami polskimi. Od tej chwili suwerenem Polski nie jest już Rzeczypospolita Polska, ale Bruksela i Sejm Wiejskiej staje się sejmikiem lokalnym" - powiedział Korwin-Mikke na konferencji prasowej w Warszawie 30 listopada 2009 roku.
Czytaj całość...
Leszek Miller: Polska ma rusofobów u władzy, nie ma za to polityki zagranicznej o strategicznym wymiarze. Jest ona albo histeryczna jak w przypadku Rosji, albo reaktywna jak w odniesieniu do Unii Europejskiej. Tylko w takim klimacie mogły pojawiać się absurdalne porównania walk w Gruzji do interwencji Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, albo nadawanie tarczy antyrakietowej rangi porównywalnej z przyjęciem Polski do NATO.
Czytaj całość...
prof. Joanna Senyszyn: Jarosław Kaczyński szykuje się na kongres. Nowy, elegancki garnitur. Wyprasowana koszula. Krawat pod kolor oczu, albo odwrotnie. Nowe tło w postaci, a raczej w postaciach trzech gracji. Tylko program będzie jak stare, znoszone buty prezesa, z przetartymi sznurowadłami.
Czytaj całość...
Znalezione
Image
Archiwalne
Info dnia
Blog dnia
Bohaterowie dnia
Bohaterowie mediów
Człowiek tygodnia
Człowiek miesiąca
Człowiek Roku
Karykatury
Powiedzieli
Nasze książki


Nasza ostatnia godzina Drukuj E-mail
Image

ImageRozmowa z Martinem Reesem, brytyjskim kosmologiem z University of Cambridge, mistrzem tamtejszego Trinity College, Astronomem Królewskim i szefem Royal Society

Mało jest takich miejsc jak Trinity College w Cambridge. Tu wieki naprawdę mogłyby i miały o czym mówić. Przemawiałyby głosami Francisa Bacona, Isaaca Newtona, George'a Gordona Byrona, Ernesta Rutherforda, Nielsa Bohra, Bertranda Russella, Arthura Eddingtona, Jamesa Clerka Maxwella, Jawaharlala Nehru i tysięcy innych absolwentów jednej z najstarszych (założonej w 1546 r.), najbardziej arystokratycznych (tu nauki pobierała cała brytyjska rodzina królewska), prestiżowych (sześciu premierów Wielkiej Brytanii) i najlepszych (odchowała 31 noblistów) uczelni wyższych na świecie. (Znanej również z uświęconej tradycją mizoginii, ale od 30 lat przyjmuje już kobiety). Jeden wątek wybijałby się w tym wielogłosie ponad pozostałe: biada ludzkości, biada. Rolę rzecznika tej opinii wziął na siebie Martin Rees, wybitny kosmolog, mistrz Trinity College i Astronom Królewski. Dla świata nauk ścisłych Rees jest w zasadzie tym, czym królowa Elżbieta dla Brytyjczyków. W jego gabinecie przecinają się ścieżki niemal wszystkich najwybitniejszych współczesnych uczonych.

W masowych mediach nazwisko Reesa przewinęło się w związku z ogłoszonym przez niego zakładem (o tysiąc dolarów) o to, że do 2020 r. celowe lub mimowolne użycie czynnika biologicznego doprowadzi do śmierci co najmniej miliona osób. Rees zrobił to na stronach wydanej w 2003 r. książki pt. "Nasze Ostatnie Stulecie" ("Our Final Century: Will the Human Race Survive the Twenty-first Century?"), zawierającej przegląd wszystkich, nie tylko biologicznych, niebezpieczeństw czyhających na ludzkość. Patronował także opublikowanemu w 2008 r. przez Oxford raportowi Global Catastrophic Risks. Baron Rees kieruje także Royal Society - najstarszym na świecie towarzystwem naukowym (założonym w 1660 r.), którego celem jest skanowanie horyzontu przyszłych zdarzeń, pośredniczenie w kontaktach między światem nauki, przemysłu i polityki oraz zapobieganie globalnemu kryzysowi wynikającemu z przeludnienia, niedoborów energii, zaburzeń klimatu, nadużyć w wykorzystaniu osiągnięć nauki.

Nasze stulecie jest kluczowe dla losów całej planety, twierdzi Rees. Być może nawet - zważywszy, że w dalekiej przyszłości rozpoczniemy prawdopodobnie kolonizację przestrzeni kosmicznej - całego Wszechświata. O ile, oczywiście, nie staniemy się ofiarami szóstego wielkiego wymierania gatunków, któremu sami jesteśmy winni. Długa lista funkcji, nagród i tytułów Martina Reesa nieco onieśmiela. Tym bardziej więc ujmuje fakt, że pewnego ranka to on sam otwiera drzwi siedziby mistrzów Trinity College, by labiryntem wąskich przejść i schodów poprowadzić do gabinetu. Z jego okien rozciąga się widok na zabudowania uniwersytetu, którego przez ponad cztery wieki istnienia nie dotknął żaden dziejowy kataklizm. I chciałoby się, żeby tak już zostało.

Karol Jałochowski: - Załóżmy, że jacyś daleko bardziej zaawansowani w wiedzy i technologii kosmici oglądają Ziemię od miliardów lat. Co o nas myślą?

Martin Rees: - Na pewno byliby zaskoczeni wydarzeniami ostatnich 100 lat. Zmiany zachodzące na Ziemi przez większą część ponad 4 mld lat historii były bardzo powolne, w tempie wyznaczanym przez dryft kontynentów, zlodowacenia, pojawiające się, ewoluujące i ginące gatunki. Jakieś 10 tys. lat temu zauważyliby przyspieszenie zmian związanych z pojawieniem się rolnictwa. Mniej więcej 50 lat temu odnotowaliby niezwykły wzrost emisji dwutlenku węgla. Zauważyliby też, że Ziemia nagle stała się silnym źródłem fal radiowych. Wreszcie zobaczyliby też małe obiekty wystrzeliwane w kierunku Księżyca i innych planet. Zaskoczyłby ich ten nagły spazm aktywności. I zastanawialiby się, co nastąpi w najbliższej przyszłości. Czy po paroksyzmie aktywności na Ziemi zapadnie cisza? Czy może raczej zaczniemy kolonizować Wszechświat?

Kosmici byliby zaciekawieni tym bardziej, że znając astronomię, zdawaliby sobie sprawę z tego, że Ziemia tak czy owak jest skazana na zagładę, gdy za 6 mld lat Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma.

A pan, kiedy spogląda na Ziemię z perspektywy kosmologa, dostrzega w niej coś szczególnie godnego uwagi?

Życie, które jest wyjątkową cechą Wszechświata, na Ziemi wyewoluowało w zadziwiający sposób. Pojawiły się istoty zdolne do zgłębiania tajemnicy własnego pochodzenia. A to stawia nas w obliczu pytań o to, czy ziemskie życie jest osamotnione w kosmosie i jaka będzie przyszłość życia na Ziemi w następnej fazie, postludzkiej, wspieranej technologią i bioinżynierią.

Nie jesteśmy zwieńczeniem stworzenia?

Będąc astronomem wiem dobrze, że Ziemia ma przed sobą jeszcze co najmniej połowę życia. Ewolucja w erze postludzkiej będzie jeszcze bardziej zróżnicowana i jeszcze wspanialsza niż ta, której jesteśmy uczestnikami. Czy doprowadzi ona do wzrostu naszej inteligencji? Czy życie będzie trwało tylko na Ziemi, czy może rozprzestrzeni się poza nią? Czy nadal będzie organiczne? Czy może zwycięży życie oparte na sztucznej inteligencji? Nie wiemy, jak będzie. Wiemy tylko, że człowiek to zaledwie stopień, być może bardzo wczesny, w kształtowaniu się cudownej złożoności, na Ziemi i w kosmosie.

Tylko czy nie zagrozi temu kres Wszechświata? Najnowsze teorie przewidują przecież, że kosmos będzie się rozszerzał i ochładzał bez końca, gwiazdy umrą, czarne dziury wyparują i tak dalej.

W skali miliardów lat w ogóle nie ma sensu mówić o ludziach, ponieważ gatunek ten, jak każdy inny, nie przetrwa więcej niż parę milionów lat. Życie będzie się przekształcać na przykład za sprawą modyfikacji genetycznych - dokonywanych szybciej niż działa dobór naturalny. Mówiąc o odległej przyszłości powinniśmy więc mieć na myśli istoty odmienne od nas w sposób wręcz niewyobrażalny. Będą do nas podobne tak jak my do bakterii. Poza tym nie ma jeszcze pewności, czy Wszechświat mimo wszystko nie będzie trwał w nieskończoność.

Ostrzega pan jednak, że niezależnie od tego, jaką formę moglibyśmy przybrać, być może nigdy się tego nie dowiemy. Amerykanie zamienili tytuł pańskiej ostatniej książki z "Naszego ostatniego stulecia" na "Naszą ostatnią godzinę". Zagłada jest naprawdę bliska?

Myślę, że nie ma dziś żadnego bezpośredniego zagrożenia globalną katastrofą, tak jak to miało miejsce w czasach zimnej wojny. Z drugiej jednak strony, jest się czym martwić, myśląc o najbliższych 20-30 latach. Chodzi o niebezpieczeństwa dwojakiego rodzaju. Jedno, kolektywne, stanowi stale powiększająca się populacja planety, wywierająca szkodliwy wpływ na środowisko naturalne. Drugie stanowią jednostki i małe grupy, na przykład terrorystyczne, wspierane przez nowoczesną technologię. Każda wioska, również globalna, ma swoich idiotów. W świecie, gdzie wszystko jest ze sobą połączone, mogą oni wywoływać globalne zaburzenia.

Czy przypadkiem problem nie sprowadza się do zaburzonej natury człowieka, który działa na szkodę własnego gatunku? To wyzwanie bardziej dla psychologa niż fizyka i astronoma.

Cóż, przede wszystkim dla polityków! Niestety w porównaniu z polityką nawet najbardziej skomplikowana nauka to pestka. Tymczasem rządzący muszą zagwarantować, że społeczeństwo jest odporne na zagrożenia, ale i nie reaguje przesadnie nerwowo. Muszą też zapewnić, że jak najmniej osób będzie miało motywację, by zachowywać się w sposób destruktywny. Współczesny świat jest bardzo wrażliwy na podobne działania. Jest zależny od systemów łączności, zaopatrzenia w energię elektryczną i towary, które bardzo łatwo sparaliżować.

Które zagrożenia umieszcza pan na szczycie listy?

Biorąc pod uwagę ich siłę rażenia, czyli wpływ przemnożony przez prawdopodobieństwo wystąpienia, za najgroźniejsze uznałbym pandemie.

Nie przeciwdziałamy im w sposób dostateczny. Martwimy się znikomym ryzykiem związanym upadkiem planetoidy, z podróżami lotniczymi czy rakotwórczą żywnością, wypierając ze świadomości znacznie poważniejsze. Dziś epidemia zmutowanej grypy rozprzestrzeniłaby się po świecie w ciągu 24 godzin i uśmierciła dziesiątki milionów ludzi. W wielkich miastach krajów rozwijających się byłaby całkowicie poza kontrolą. Musimy mieć więc pewność, że dziwna choroba, na którą zapadnie drób wietnamskiego farmera, zostanie natychmiast dostrzeżona.

Wspomina pan czasem, że także eksperymenty naukowe stanowią pewne zagrożenie. Traktować je poważnie?

Oczywiście, istnieje pewne ryzyko związane zarówno z zamierzonym, jak i niezamierzonym nadużyciem nauki. Zwłaszcza wykonując eksperymenty biologiczne należy zachować szczególną ostrożność.

Parę miesięcy temu w mediach straszyła wiadomość o czarnych dziurach i dziwadełkach z wielkiego zderzacza hadronów LHC, które miały rzekomo pochłonąć cały świat.

[śmiech] Zdecydowanie nie cierpiałem na bezsenność z tego powodu. I nie sądzę, by ktokolwiek z twórców LHC sądził, że warto mówić poważnie o ryzyku z nim związanym. Choć rzecz jasna, generalnie rzecz biorąc, musimy brać je pod uwagę. Tego oczekuje społeczeństwo. Nieporównanie większym i bardziej realnym zagrożeniem jest kryzys energetyczny, który może czekać nas za 20-30 lat. Musimy o tym myśleć intensywniej niż dotychczas. Unia Europejska powinna ustanowić jako absolutnie priorytetowy program wychwytywania dwutlenku węgla z gazów spalinowych elektrowni i składowania go pod ziemią. Dopóki nie opracujemy efektywnej metody, nie można będzie tego obowiązku narzucić krajom, których energetyka jest oparta na węglu, takim jak Polska, i nie zapobiegniemy pogłębianiu się zmian klimatu. Unia Europejska mogłaby potem dostarczać technologię wychwytywania reszcie świata.

Warto inwestować w badania nad energetyką termojądrową?

Oczywiście! Świat wydaje obecnie około 2 mld dol. na badania nad fuzją. Uważam, że to absolutne minimum, ponieważ należy pamiętać, że co roku przeznaczamy na energię i związaną z nią infrastrukturę ponad 7 trylionów dol., więc dobrze by było mieć więcej podobnych opcji do wyboru. Na badania źródeł energii powinniśmy wydawać tyle, ile na badania nad zdrowiem. Niczego podobnego jednak nie robimy.

Tylko że od pół wieku mówi się, że kontrolowana fuzja termojądrowa będzie osiągalna za 40 lat.

Byłaby osiągalna 10 lat wcześniej, gdyby tylko dorzucono trochę więcej pieniędzy na ITER (międzynarodowy eksperymentalny reaktor termojądrowy budowany we Francji - przyp. red.) i zamiast jednego reaktora zbudowano kilka, z różnych materiałów, i przetestowano, który sprawdza się najlepiej!

Są jeszcze inne realne recepty na kryzys energetyczny?

Warto myśleć na przykład o wielkich projektach związanych z energią słoneczną, choćby elektrowniach na Saharze, które za pośrednictwem linii stałego napięcia biegnących z północnej Afryki do Europy i wzdłuż Europy mogłyby zasilić cały kontynent. Oczywiście infrastrukturę należałoby tworzyć na poziomie europejskim i tym właśnie powinna się zająć Unia. Potencjał energii słonecznej może się jednak urzeczywistnić najwcześniej za pół wieku. Kluczowym pytaniem jest więc to, czy zdołamy wcześniej zapobiec dalszemu wzrostowi poziomu dwutlenku węgla w atmosferze. Byłbym w tej sprawie pesymistą - chyba że opracujemy efektywną metodę jego wychwytywania z naszych zanieczyszczeń.

Należy stawiać nowe klasyczne elektrownie atomowe?

W Wielkiej Brytanii trwa właśnie dyskusja, czy zastępować stare konstrukcje nowocześniejszymi - jestem zwolennikiem takich działań. Myślą o tym także Francuzi, Amerykanie. Lecz nie wydaje mi się, by energetyka jądrowa była najlepszą odpowiedzią na globalne problemy z energią, ponieważ świat potrzebowałby tysięcy tego typu elektrowni. To natomiast zwiększyłoby niebezpieczeństwo przepływu cywilnych technologii jądrowych do technologii używanych przy produkcji broni. Uspokoiłoby mnie dopiero uszczelnienie systemu dostarczania uranu do elektrowni i odbierania produktów reakcji jądrowej narzucone przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA).

To by wystarczyło?

Nie, dlatego niedawno Mohammed el Baradei, szef MAEA, zaproponował też, żeby przerobem zużytego paliwa (z którego można wyprodukować broń jądrową - przyp. red.) zajmowało się tylko kilka państw. Ale żeby plan miał jakiekolwiek szanse powodzenia, nie można go realizować tylko w Europie i USA. Musiałyby do niego przystąpić Chiny, Indie i tak dalej. Wówczas państwa mniej zamożne nie musiałyby rozwijać technologii nuklearnej na własną rękę. Niestety, jeśli plan nie zostanie zaakceptowany przez polityków, z energią jądrową będzie się wiązał niepokój o bezpieczeństwo. A mogłaby ona stanowić ważny element energetycznej układanki w przyszłości.

Być może do zjednoczenia wysiłków potrzebujemy jakiegoś wspólnego, mobilizującego wroga, jak to było w niedawnej przeszłości?

[śmiech] Nie sądzę. W ciągu ostatnich lat byliśmy świadkami wspaniałego postępu, chociażby w biologii, genetyce. To nie przemysł militarny sprowokował powstanie tych nowych technologii. Owszem, używane przez astrofizyków detektory podczerwieni otrzymaliśmy dzięki Amerykanom, którzy podobnych używali do tropienia Wietnamczyków w dżungli. Obecnie jednak najbardziej zaawansowane technologie są opracowywane na potrzeby elektroniki użytkowej. Najpotężniejszy komputer świata stworzono z kilkunastu tysięcy procesorów używanych w konsolach do gier wideo. Postęp technologiczny zawdzięczamy dziś na równi przemysłowi wojennemu i cywilnemu.

Czego więc potrzeba?

Nie wroga, ale społeczeństwa myślącego w perspektywie długoterminowej. Ludzie powinni dbać o stan świata, w którym przyjdzie żyć ich wnukom. W Europie wiemy szczególnie dobrze, że stanowimy część dziedzictwa i że kształt naszego życia, zwłaszcza w miejscu takim jak to (Rees przez okno wskazuje budynki Trinity College - przyp. red.), zawdzięczamy wysiłkom ludzi żyjących przed wiekami. Powinniśmy być gotowi do poświęceń choćby tylko po to, by kiedyś myślano o nas z wdzięcznością, a nie przeklinano nasz egoizm.

Naukowcy mogą jakoś pomóc?

Zadaniem społeczności naukowej jest uświadamianie tego faktu rządzącym. Jej obowiązkiem jest zadbanie, by politycy podejmowali decyzje na podstawie najlepszej dostępnej wiedzy naukowej. Nie powinniśmy porzucać owoców swojego wysiłku intelektualnego. Mamy oczywiście nadzieję, że Barack Obama okaże się miłą odmianą po tym, czego doświadczaliśmy przez ostatnie osiem lat. Choć zdaje się, że Polska była jedynym krajem w Europie, który nie był nastawiony do jego kandydatury przesadnie entuzjastycznie?

Mimo wszystko wydaje mi się, że wynik wyborów przyjęliśmy z pewną ulgą.

Rozumiem... Obama, jeśli umiejętnie użyje swej dobrej woli, może odmienić nie tylko Amerykę, ale i wyzwolić entuzjazm wobec projektów długoterminowych - może nakarmić Trzeci Świat, zapewnić czystą energię. Wymaga to podjęcia decyzji o pełnym zaangażowaniu - ale na poziomie międzynarodowym - podobnej do tej o uruchomieniu programu Manhattan czy Apollo.

A Europa?

Myślę, że nie dość mocno zaznaczamy swoją pozycję, bo technologicznie i ekonomicznie w niczym nie ustępujemy Ameryce, tylko że nie stworzyliśmy systemu, który optymalizowałby wykorzystanie naszych talentów. Nie mamy też systemu zapewniającego kolektywne myślenie w perspektywie dziesięcioleci. Chciałbym, aby państwa europejskie stały się bardziej znaczącą siłą i zaczęły współpracować z USA i krajami Dalekiego Wschodu, bo należy pamiętać, że środek ciężkości przesunie się z Ameryki w kierunku Azji. W połowie wieku to tam skupi się intelektualny kapitał świata.

Naprawdę pan tak sądzi?

O tak, z całą pewnością tak właśnie będzie! Wyższe wykształcenie zdobywają tam dziesiątki milionów ludzi. Ziemia zostanie zdominowana intelektualnie przez Chiny i Indie.

Jak dotąd, przynajmniej współcześnie, Chińczycy raczej kopiowali zachodnie patenty i idee.

To samo mówiono kiedyś o Japończykach. To już nieprawda.

Mimo wszystko zdaje się pan myśleć o przyszłości ludzkości z niejakim optymizmem. A przecież ma ona za sobą fatalne doświadczenia, niezliczone epizody ludobójstwa. Może ten gatunek ma jakąś skazę uniemożliwiającą przetrwanie?

Nie jestem pełnym optymistą, bo przepaść między tym, co robimy, a co powinno być zrobione, jest ogromna. Powiększa się też przepaść między tym, co nauka oferuje, a tym, z czego można skorzystać nie łamiąc norm etycznych i moralnych. Coraz więcej zależy więc od sposobu organizacji społeczeństw i od polityków. Będziemy musieli wkrótce odpowiedzieć na pytanie, ile osobistej swobody jesteśmy skłonni poświęcić w imię dobra ogólnego.

Wzrosły zagrożenia, ale z drugiej strony i potencjał jest nieporównanie większy niż kiedykolwiek dotąd. Nauka zyskała niemal prometejską moc.

Tak przy okazji - właściwie dlaczego nasza ułomna ziemska nauka zupełnie dobrze opisuje rzeczywistość?

To tajemnica! Nasze mózgi wyewoluowały, by radzić sobie z życiem na afrykańskiej sawannie kilkaset tysięcy lat temu - i niewiele się od tamtego czasu zmieniły, więc to niezwykłe, że rozumiemy nie tylko sprawy życia codziennego, ale i zagadki świata kwantów i kosmosu. Ale ponieważ nie ma powodu sądzić, że ludzki umysł to kulminacja ewolucji, to należy dopuścić myśl, że być może istnieją takie fundamentalne prawa przyrody, których nasze mózgi nie pojmą. Podobnie jak szympans próbujący zrozumieć mechanikę kwantową. Być może w przyszłości pomogą nam w tym komputery, ale to już sfera filozofii. I tak zaszliśmy dalej, niż można by było przypuszczać.

----------------------------------

Martin John Rees, baron Rees of Ludlow.

Ur. 1942 r. Astrofizyk i kosmolog angielski. Autor lub współautor ponad 500 prac naukowych, głównie z zakresu badań nad tzw. mikrofalowym promieniowaniem tła, tworzeniem i ewolucją galaktyk w początkach istnienia Wszechświata, czarnymi dziurami i kwazarami. Profesor University of Cambridge,

Leicester University oraz Imperial College London. Astronom Królewski (od 1995 r.), mistrz (rektor) Trinity College w Cambridge (od 2004 r.), szef Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego (od 2005 r.). Członek US National Academy of Sciences, American Philosophical Society i rady naukowej British Museum. Laureat m.in. Nagrody Michaela Faradaya (2004 r.) i Crafoorda (2005 r.).

Po niebie przemyka nazwana jego imieniem planetoida 4587 Rees. Autor siedmiu znakomitych książek o astrofizyce. W Polsce znane są dwie - "Przed początkiem. Nasz Wszechświat i inne wszechświaty" i "Nasz kosmiczny dom".

Następny >
Bohaterowie dnia dzisiejszego
Sukces Adama Małysza
ImageAdam Małysz zdobył srebrny medal w konkursie skoków narciarskich na dużej skoczni (HS-140) podczas zimowych igrzysk olimpijskich w kanadyjskim Vancouver. Złoty medal wywalczył Szwajcar Simon Ammann.
Ammann po pierwszej serii prowadził po fenomenalnym skoku na odległość 144 m, za który otrzymał 144,7 pkt. W drugiej serii Szwajcar nie pozostawił rywalom żadnych złudzeń oddając z obniżonego na 11 belkę rozbiegu skok na 138 m. Ostatecznie Ammann wygrał z łączną notą 283,6 pkt. To drugie "złoto" Ammanna w Vancouver, pierwsze zdobył na skoczni normalnej. Szwajcar przeszedł do historii skoków narciarskich, bowiem jako jedyny zdobył cztery złote medale igrzysk olimpijskich.
Czytaj całość...
Bohaterowie mediów
Nasza ostatnia godzina
Image

ImageRozmowa z Martinem Reesem, brytyjskim kosmologiem z University of Cambridge, mistrzem tamtejszego Trinity College, Astronomem Królewskim i szefem Royal Society

Mało jest takich miejsc jak Trinity College w Cambridge. Tu wieki naprawdę mogłyby i miały o czym mówić. Przemawiałyby głosami Francisa Bacona, Isaaca Newtona, George'a Gordona Byrona, Ernesta Rutherforda, Nielsa Bohra, Bertranda Russella, Arthura Eddingtona, Jamesa Clerka Maxwella, Jawaharlala Nehru i tysięcy innych absolwentów jednej z najstarszych (założonej w 1546 r.), najbardziej arystokratycznych (tu nauki pobierała cała brytyjska rodzina królewska), prestiżowych (sześciu premierów Wielkiej Brytanii) i najlepszych (odchowała 31 noblistów) uczelni wyższych na świecie. (Znanej również z uświęconej tradycją mizoginii, ale od 30 lat przyjmuje już kobiety). Jeden wątek wybijałby się w tym wielogłosie ponad pozostałe: biada ludzkości, biada. Rolę rzecznika tej opinii wziął na siebie Martin Rees, wybitny kosmolog, mistrz Trinity College i Astronom Królewski. Dla świata nauk ścisłych Rees jest w zasadzie tym, czym królowa Elżbieta dla Brytyjczyków. W jego gabinecie przecinają się ścieżki niemal wszystkich najwybitniejszych współczesnych uczonych.
Czytaj całość...
Jak Kazimierz sprawdza się w biznesie
Image

ImageWedług anegdoty, Kazimierz Marcinkiewicz może dorabiać już tylko jako twarz portalu Sympatia.pl. Ale to chyba za surowa ocena. Były premier może nie zweryfikuje wyceny aktywów, nie oszacuje stopnia ryzyka, ale wygląda na to, że dobrze wie, jak całkiem przyzwoicie zarobić na chleb.
Zgodnie z obowiązującą ustawą nie jest żadnym lobbystą. Byłby, mówią odpowiednie przepisy, gdyby chciał wpływać na kształt nowych przepisów, a nie chce. Nie musi figurować w odpowiednim rejestrze w MSWiA, chodzić po Sejmie z czerwoną przepustką przypiętą do klapy marynarki, żaden urzędnik nie musi tłumaczyć się ze spotkań, na które się z Marcinkiewiczem umówił.

Po prostu doradza
Jednoosobowa firma, jaką założył - Doradztwo gospodarcze i finansowe Kazimierz Marcinkiewicz – rezyduje na dziesiątym piętrze naszego rodzimego City. To kwartał najnowszych i najdroższych wieżowców, jakie wyrosły w ostatnich latach pięć minut od Dworca Centralnego.
Czytaj całość...
Pani na Agorze
Image

ImageTo pożegnanie, zanim nazwisko Heleny Łuczywo zniknęło ze stopki "Gazety Wyborczej", rozciągnięte było nawet nie na miesiące, a na lata. Miało być cicho i bez rozgłosu. Pewnie dlatego, że nagłe odejście jednej z założycielek Agorowego imperium w tym samym czasie co rzeczywiste wycofanie się Adama Michnika, mogło osłabić pozycję firmy i wystraszyć giełdowych inwestorów.
Nawet z pożegnalną imprezą dwa lata temu nie było łatwo. Łuczywo nie znosi pompy. Trzeba było sięgnąć po podstęp.
W rolę przynęty wcielił się Bronisław Geremek - umówili się na wspólny obiad na mieście. Eurodeputowany podjechał pod redakcję, Łuczywo wsiada, ruszają, mijają okoliczne uliczki, a profesor znienacka mówi: - O, przecież tu zaraz jest żłobek (pierwsza siedziba "Gazety Wyborczej", która rzeczywiście znajdowała się w prawdziwym żłobku z toaletami poniżej kolan). Wiele sentymentu wywołuje we mnie to miejsce. Podjedźmy tam na chwilę.
Czytaj całość...
Tony Blair prezydentem UE?
Image

ImagePo roku milczenia znów głośno o szansach na europejską prezydenturę dla byłego premiera Wielkiej Brytanii. Wszystko dzięki... dokonaniom Nicolasa Sarkozy'ego.
"Blair pojawia się na nowo na krótkiej liście do przewodzenia UE" - ten nagłówek w poniedziałkowym wydaniu "Financial Timesa" zaczyna nową falę spekulacji na temat przyszłości byłego premiera. Wpływowy brytyjski dziennik będący lekturą obowiązkową eurokratów powołuje się na opinie unijnych dyplomatów w Brukseli. A ci znów widzą szanse Blaira na objęcie stanowiska przewodniczącego Rady UE zwanego potocznie prezydentem Europy.
A wszystko za sprawą popisu europejskiej polityki, jaki dał francuski prezydent Nicolas Sarkozy podczas zakończonego 31 grudnia półrocznego przewodnictwa Francji w UE. Sposób, w jaki wynegocjował rozejm po rosyjskiej interwencji w Gruzji i jak starał się walczyć z kryzysem ekonomicznym, a także fiaskiem referendum w sprawie traktatu z Lizbony, dał Unii do myślenia.
Według "FT" europejskie elity polityczne zrozumiały, że w obliczu wielkich wyzwań stojących przed przewodniczącym musi nim być ktoś odpowiedniego formatu, z nazwiskiem, rozpoznawalny na świecie i pochodzący z dużego kraju członkowskiego UE. A te wszystkie cechy ma właśnie Tony Blair.
Czytaj całość...
Prezydent, co się kulom nie kłania
Image


ImageDlaczego bilans trzech lat Lecha Kaczyńskiego jest tak zły? Czy da się to odwrócić?
Bilans prezydentury Lecha Kaczyńskiego już po roku był kiepski. Polacy nie kryli rozczarowania nowym prezydentem, rozczarowania nie ukrywali nawet zakochani w PiS dziennikarze. Piotr Zaremba z "Dziennika" zaliczył prezydenta do największych przegranych roku 2006 i komentował: "Stracił sporo poparcia społecznego, choć jako prezydent powinien je zachować łatwiej niż jego brat premier. Nie stworzył spójnej koncepcji prezydentury, stąd jego styl urzędowania był oceniany głównie poprzez wpadki". A Dorota Gawryluk konstatowała: "Prezydentura Lecha Kaczyńskiego nie jest taka zła, jak to przedstawiają jego przeciwnicy, ale nie tak dobra, jak mogłaby być".
Rok później, w grudniu 2007 r., fani Kaczyńskich woleli milczeć. "Kadencja fochów i obrażania się – tak wyglądały pierwsze dwa lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego. A przed nami jeszcze trzy kolejne", pisał w "Newsweeku" Wojciech Maziarski, w tekście pod znamiennym tytułem "Kronika wypadków żałosnych".
Czytaj całość...
Człowiek tygodnia
Jerzy Buzek przewodniczącym Parlamentu Europejskiego
ImageByły premier, zdobywca rekordowego poparcia w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, jeden z najpopularniejszych polskich europosłów, profesor Jerzy Buzek został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Gratulując Buzkowi szef Komisji Europejskiej Jose Barroso powiedział, że jest to sukces zjednoczonej Europy. "Prymus klasy Europa" - tak francuski dziennik "Liberation" określił Polaka, który dziś jest na ustach wszystkich.
Buzek jest pierwszym szefem europarlamentu z krajów nowej Unii. Będzie kierował PE przez dwa i pół roku. W głosowaniu, na odbywającej się inauguracyjnej sesji PE, Buzek uzyskał poparcie aż 555 z 713 głosujących eurodeputowanych.
Tuż po wyborze Buzek powiedział, że to dla niego "wielkie wyzwanie i zaszczyt". - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by nie zawieść waszego zaufania - zwrócił się do eurodeputowanych. Zapowiedział, że jego priorytetem będą prawa człowieka.
Czytaj całość...
Info dnia
Romuald Orzeł został nowym prezesem Telewizji Polskiej - zdecydowała Rada Nadzorcza spółki. Nowy zarząd TVP tworzyć będą Przemysław Tejkowski, Włodzimierz Ławniczak i Paweł Paluch. Decyzje zapadły podczas trwającego ponad cztery godziny posiedzenia w dniu 18 grudnia 2009 roku.
Czytaj całość...
Tegoroczną laureatką literackiej Nagrody Nobla została niemiecka pisarka pochodząca z Rumunii Herta Müller.
W uzasadnieniu werdyktu Akademia Szwedzka pisze, że nagrodę przyznano „tej, która łącząc intensywność poezji i szczerość prozy przedstawia świat wygnanych”.

Czytaj całość...
2 października 2009 roku zmarł w Warszawie Marek Edelman, jeden z założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej i przywódców powstania w warszawskim getcie.
Czytaj całość...
W Afganistanie zaczęły się wybory prezydenckie. O najwyższy urząd w państwie ubiega się około 30 kandydatów, z czego naprawdę liczy się czterech. Wśród największych rywali faworyta wyścigu - obecnego prezydenta Hamida Karazja (44 proc. poparcia w sondażach) wymienia się: byłego szefa MSZ Abdullaha Abdullaha (26 proc.), byłego ministra planowania i rozwoju Ramazana Bashardosta (10 proc.) i byłego ministra finansów Ashrafa Ghaniego (6 proc.).
Czytaj całość...
Dowódca Wojsk Lądowych generał Waldemar Skrzypczak oddał się do dyspozycji prezydenta. Decyzję taką podjął „w związku z utratą zaufania do jego osoby przez szefa MON Bogdana Klicha”. Stosowne pismo generał wysłał drogą służbową przez szefa Sztabu Generalnego - poinformował wydział prasowy Dowództwa Wojsk Lądowych.
Czytaj całość...
Walka o prezydenturę rozegra się między Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem zakłada najbardziej prawdopodobny dziś scenariusz, ale politolodzy nie wykluczają i innego przebiegu zdarzeń, np.: Lech Kaczyński wycofuje się w ostatniej chwili z wyborów, jego miejsce zajmuje Zbigniew Ziobro; z kolei kandydatem PO jest Bronisław Komorowski zamiast Donalda Tuska.
Czytaj całość...
Polski naukowiec pracujący w Stanach Zjednoczonych - prof. Jerzy Leszczyński - został jednym z laureatów prestiżowej nagrody przyznawanej przez amerykańskiego prezydenta - "Presidential Award for Excellence In Science, Mathematics and Engineering Mentoring" (program PAESMEM).
Czytaj całość...
Oprócz Jerzego Buzka, który został wybrany na najwyższe stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, jeszcze troje polskich eurodeputowanych będzie zajmować znaczące funkcje w PE przez najbliższe dwa i pół roku: Lidia Geringer de Oedenberg (SLD), Danuta Huebner (wybrana z listy PO) oraz Michał Kamiński (PiS).
Czytaj całość...
Leszek Kołakowski - jeden z najwybitniejszych polskich filozofów, publicysta, prozaik, autor satyr i bajek filozoficznych zmarł w piątek 17 lipca 2009 roku w Oxfordzie w szpitalu. Miał 82 lata.
Czytaj całość...
Korespondentka TVN24 w Brukseli Inga Rosińska obejmie stanowisko rzecznika prasowego nowo wybranego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. Rosińska potwierdziła to korespondentce PAP w Brukseli.
Czytaj całość...
Blog dnia
Kim jest Jerzy Buzek?
Opinia publiczna poznała nazwisko prof. Jerzego Buzka, naukowca z Politechniki Śląskiej w Gliwicach, w 1997 r. po zwycięskich dla Akcji Wyborczej "Solidarność" wyborach parlamentarnych. Nieznany szerzej działacz "S" został wówczas desygnowany na premiera. Choć wielu nie wróżyło mu długiego stażu na tym stanowisku, jako jedyny szef rządu po 1989 r. piastował tę funkcję przez pełną kadencję i pozostaje najdłużej urzędującym premierem w tym okresie.
Buzek urodził się w 1940 roku w Śmiłowicach na Śląsku Cieszyńskim. Studiował na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym Politechniki Śląskiej w Gliwicach, gdzie w 1963 roku uzyskał dyplom magistra inżyniera mechanika-energetyka. Po studiach pracował w Instytucie Inżynierii Chemicznej Polskiej Akademii Nauk w Gliwicach, gdzie poznał przyszłą żonę - Ludgardę. Córka państwa Buzków - Agata - jest aktorką.
Czytaj całość...
2006 © Wydawnictwo KTO JEST KIM